Ostatnie wpisy
Zakładki:
Lodówkozamrażarka
Nasze drugie
Piszą ludzie
Podglądam sobie czasem
Stronki odwiedzane
|
niedziela, 15 stycznia 2012
I like it
Widziałem na FB wpis o śmierci Zbyszka Wegehaupta (czego zdaje się GW chyba nie zauważyła nawet, bo ważniejsze dla niej jest ile schudła jakaś Adele). Pod wiadomością pojawiły się "lajki"... (dla nieobeznanych, znacznik "I like it" = "lubię to") Dojdzie kiedyś do tego, że jakiś koleś na fejsie ogłosi: - Mam hemoroidy. a pod tym wielce intrygującym wpisem zaraz pojawią się osoby, które "to lubią". Nie wiem tylko, czy cieszą się z hemoroidów znajomego czy w ogóle lubią hemoroidy?
czwartek, 12 stycznia 2012
Dowcip. Uwaga, może być śmieszny!
Spotykają się dwaj angielscy dżentelmeni. W pewnej chwili jeden drugiemu wykłuł oko parasolem i przerażony krzyczy: - Niech mi pan raczy wybaczyć, sir! Przez mą nieostrożność wybiłem panu oko! Na co drugi: - Nic nie szkodzi, sir, mam drugie.
środa, 04 stycznia 2012
Absurd?? Mnie już nic nie zdziwi...
Za autorytet w sprawie protestów lekarzy "robi" pani Szczuka. Jeszcze krytyk literacki czy już wszystkowiedząca celebrytka?? Chciałbym zobaczyć reakcję pani Szczuki gdyby jakiś lekarz zmieszał z błotem Masłowską, Pilcha a może i całą polską literaturę współczesną. Zapewne wystrzeliłaby argumentem ignorancji... Swoją drogą, co za debil-dziennikarz w ogóle pyta Szczukę o służbę zdrowia?? Absurdy cd.
Minister Arłukowicz przekonuje, że aptekarze powinni sprzedawać leki z refundacją nawet jeśli recepta jest nieprawidłowo wypełniona. (Powinni - no to co, że powinni? pacjent powinien pobić aptekarza jeśli mu nie sprzeda?) Za dwa lata pana Arłukowicza nie będzie w rządzie, a nawet jak będzie, to powie, że został źle zrozumiany, natomiast aptekarzowi grożą kary za handel lekami refundowanymi bez prawidłowo wypisanych recept. Może aptekarze powinni sobie nagrać wypowiedź ministra jako ewentualny dowód w sądzie. Za kilka lat może się przydać. To będzie rok absurdów
Przykład pierwszy: Siostrzyczki zakonne znalazły nad ranem niemowlę w "oknie życia". ("Okno życia" to taka skrytka, gdzie można dyskretnie i ANONIMOWO podrzucić własne potomstwo w wieku niemowlęcym nie narażając się na sankcje prawne - absurd oczywiście, ale nie pierwszy, a przedwstępny). Policja intensywnie poszukuje matki niemowlęcia.
poniedziałek, 05 grudnia 2011
wtorek, 29 listopada 2011
czwartek, 24 listopada 2011
Ben, który jeździ koleją
Ostatnimi czasy trochę jeżdżę, koleją, żeby było śmieszniej. Na trasie Wrocław-Opole. Trasa o tyle dobrze mi z młodości znana, że znam ją na pamięć. A właściwie.... ZNAŁEM. Nie \, nie będę się znęcał nad PKP, bo zwłok się nie kopie gdyż zakrawa to na nekrofilię. Ja raczej chciałem krótko napisać o tym jak to sie ludziom w dupach poprzewracało od demokracji i ekologicznego życia. Jedziemy, pociągiem, stuk, stuk, stuk, pociąg się rozpędza. Największą moja przyjemnością z jazdy pociągami (a uwielbiałem kiedyś nimi jeździć) było patrzenie przez okno. A szczególnie, obserwowanie mijanych miasteczek i wsi. Migawkowe zaglądanie ludziom w okna, kiedy siedzą przy stole, kiedy jedzą obiad, albo na podwórku karmią kaczki podczas gdy dzieci grają w piłkę. ludzie z rowerami na przejeździe kolejowym, emerytki siedzące przed domem na ławeczce. Najbardziej lubiłem wymyślać sobie scenariusze o ich życiu. Gdy jechało się przez Wrocław można było w nocy zaglądać do mieszkań wysokich bloków. Wtedy sobie zawsze myślałem, co by było, gdybym zauważył w jednym z okien morderstwo... pociągnąć na hamulec? wysiąść na stacji i powiadomić milicję? przecież nawet nie wiem w którym to bloku i w którym mieszkaniu się stało? Jechałem niedawno dobrze znaną mi trasą i... gówno widziałem. W każdym miasteczku, nawet we wsi zapyziałej gdzie psy dupami szczekają porozstawiali jakieś jebane ekrany dźwiękochłonne wysokie na 5 metrów! Człowiek nic nie widzi, poza ta zieloną blachą falistą. Po tym się poznaje, że gdzieś dojeżdżamy, że wyrasta nagle ten płot a po jakimś czasie pociąg staje na jakiejś stacji. EKOLOGIA i poprzewracanie totalne w chamskich dupach! Przez 150 lat nikomu nie przeszkadzał hałas pociągów, aż tu nagle przyszły pedalskie czasy i każdy chce się odgrodzić, bo mu na uszy szkodzi. Nagle się społeczeństwo wrażliwe zrobiło na hałas.... 100 lat temu kolej, jej odgłos, inspirowała futurystów, a dzisiaj, kiedy naprawdę pociągi nie są głośne, ludzie zamykają przestrzeń jakimiś koszmarnymi płotami, by się od pociągów odizolować. I tak odbywam czasami tę podróż, ale już bez przyjemności podróżowania. Bo ludzie z mijanych miejsc zasłaniają swoje życie i są coraz dalej od świata. Żyją sobie tam za tymi płotami i... przez to przestali mnie interesować.
piątek, 04 listopada 2011
Anegdota szachowa
Adolf Anderssen, wybitny szachista XIX wieku (nota bene, Wrocławianin, jego grób znajduje się we Wrocławiu na cmentarzu Osobowickim) podróżował raz koleją i z nudów coś tam sobie układał na szachownicy. Nieznajomy współpasażer widząc to zaproponował mu partię szachów, na co Anderssen zgodził się chętnie zaznaczając, że da nieznajomemu "skoczka for", czyli, że zagra z nim z jedna figurą mniej (kiedyś tak można było grać nawet na turniejach, żeby walka była równa). Nieznajomy lekko się obruszył i zapytał: - Dlaczego chce mi pan dać "skoczka for", skoro pan mnie nawet nie zna? - No właśnie dlatego - odrzekł Anderssen.
środa, 02 listopada 2011
wtorek, 01 listopada 2011
Literatura celebrycka
Dziwi mnie to zjawisko. Wielu ludzi mówi, że nie maluje obrazów bo nie umie malować. 99% społeczeństwa nie próbuje komponować muzyki, bo zdaje sobie sprawę z tego, że aby komponować trzeba mieć i talent i umiejętności. Kiedy zepsuje mi się samochód to najczęściej do naprawienia go daję komuś kto się na tym zna. Nawet durne położenie kafelek na podłodze wymaga jakiejś odrobiny fachowości. Dlaczego więc tak wielu ludziom wydaje się, że do pisania książek nie potrzeba ani talentu, ani umiejętności?Dlaczego tak wielu ludziom wydaje się, że pisanie książek jest łatwiejsze od fryzjerstwa (do fryzjera chodzą, sami się nie strzygą, bo nie umieją, ale do pisania książek biorą się ochoczo)? Dlaczego tak wielu celebrytom w tym kraju wydaje się, że mają coś ciekawego do powiedzenia i opisania? A piszą wszyscy, nawet tacy, którzy zapewne nigdy żadnej normalnej książki nie przeczytali. Piszą aktorzy i aktorki. Panie spikerki i modelki. Piszą salonowe prawniczki i kawiarniane piosenkarki. Sportowcy i politycy. Nawet pogodynki coś płodzą na piśmie. I kij im w oko, jeśli piszą poradniki typu: "Wywabiaj plamy z Bożeną Dykiel" czy "1000 kanapek Joanny Brodzik". Wiadomo, że to nie literatura. I wiadomo, że kanapki pani Brodzik nie są wcale lepsze od tych co je sobie sam robię. Najdziwniejsze są jednak płody natury beletrystycznej. Cóż to za problem dla aktoreczki "pierdyknąć" powieść? Siada i pisze. Powoli przypominać to zaczyna ponure czasy początku XVIII wieku, kiedy to Rzeczpospolitą opętała istna epidemia sarmackiej grafomanii. Pisał każdy kto miał papier. W sumie ten okres był jakościową zapaścią po epoce baroku, ale za to ilościowo nie ustępował najlepszym okresom polskiej literatury. I dzisiaj mamy chyba to samo. Powierza, Rusin, Lis, Richardson, Dorn, Kuna, Ibisz, Gardias, Kret, Marczuk-Pazura i mnóstwo innych nazwisk. Każdy, jak już nie wie co ze sobą zrobić, to pisze książkę. Mało tego! On ją wydaje!! A nie lepiej, zamiast brać się za coś czego się nie umie, zrobić szalik na drutach? Tadzio Różewicz powiedział niedawno, że jednego w życiu żałuje i wie, że tego na pewno już nie zrobi. Zawsze chciał napisać powieść. Coś prozą. I wiecie dlaczego tego nie zrobił? Bo uważa, że napisanie książki jest ponad jego możliwości. Że to jest za trudne i że on by sobie z tym nie poradził. Dlatego pisze wiersze, bo to jest łatwiejsze. I to mówi facet, który od 30 lat jest wśród kandydatów do literackiego Nobla...
piątek, 28 października 2011
Jak ma śmieszyć jak nie śmieszy?
Polska telewizja z wielkim hukiem i zadęciem "wznowiła nadawanie teatru telewizji". Żeby było taniej (oni tłumaczyli to inaczej, ale nie dajmy się oszukiwać, chodziło o taniochę oraz wspomożenie wiecznie niedoinwestowanego teatru pani Jandy) zrealizowano spektakl na żywo. Scena, światła, kamery, minimalistyczna scenografia i lecimy z tym koksem. "Boska" - taki był tytuł tego przedstawienia. Obsada aktorska bez zarzutu, na widowni śmietanka kulturalno-celebrycka. Trele-morele w pełnej gali na szpilkach i pod krawatem. Sztuka miała być zniewalająco śmieszna co niejednokrotnie nam zapowiadali w reklamówkach aktorzy. Pomyślałem sobie, że obejrzę, odchamię się i może nawet ubawię. Niestety. Ta sztuka to jakaś tandetna szmira bez tempa, bez logicznej fabuły (nie zrozumiałem motywu z pogrzebem psa... w ogóle nie skumałem roli tego psa) z nieśmiesznymi dialogami. Cały komizm polegał na tym, że kobieta nie umiała śpiewać ale bardzo chciała. No dobra, ale co z tego? Jakiś morał, wniosek, pointa? Świetni aktorzy świetnie zagrali koszmarnie słabe sztuczydło. Czy tak teraz będzie wyglądać odnowiony Teatr Telewizji? Burleski i farsy z West Endu? Nie wymagam i nawet nie chciałbym oglądać Słowackiego czy Sofoklesa, ale nie można przeginać pały w drugą stronę. Obawiam się jednak, że Braun pragnie kilkumilionowej oglądalności a więc... gołe dupy, rechot, taniec i pawie pióra w tyłku a muzy niech milczą.
środa, 19 października 2011
Cytat roku
17 października 2011 roku w programie: "Tomasz Lis na żywo" (8 dni po wyborach); Stefan Niesiołowski (poseł PO): "Pieniądze wydane z budżetu państwa na kościół katolicki to najracjonalniej wydane pieniądze budżetowe..." Wyborcom PO gratuluję wygranych wyborów. (nie boli was dupa? bo zostaliście wyruchani bez mydła, no nie?)
środa, 05 października 2011
Świat w pigułce
Oglądałem kiedyś na Orange Sport mecz ligi portugalskiej. Już w trzeciej minucie zawodnik Sportingu Lizbona wykonał efektowną symulkę potocznie zwaną "nurkowaniem". Sędzia dał się nabrać i podyktował rzut wolny dodatkowo karząc obrońcę drużyny przeciwnej żółtą kartką. Zagotowało się nie tylko na boisku, ale i na trybunach. Gwizdy, krzyki i przekleństwa ucichłyby z czasem gdyby nie fakt, że sędziowanie meczu wcale nie poprawiało się. Sędziowanie miało tylko jedną zaletę - nie było stronnicze. Odgwizdywanie spalonych, których nie było. Ignorowanie brutalnych fauli przeplatane karaniem za wyimaginowane przewinienia. W sumie dramat, kabaret i paranoja. Dość powiedzieć, że jedyna bramka padła po ewidentnym faulu na bramkarzu, co widziało 30 tys. widzów, ale nie zauważył pan z gwizdkiem. Atmosfera gęstniała. Zawodnicy byli zdezorientowani, bo "nie znali dnia ani godziny". Arbiter pokazał w pierwszej połowie 7 żółtych i jedną czerwoną kartkę, z czego nie wszystkie słusznie. W drugiej połowie nie było lepiej. Po jednym z fauli zrobiło się gorąco. Sędzia faulu nie zauważył chociaż faulujący o mało nóg nie połamał przeciwnikowi. Po chwili nastąpił rewanż, tym razem już odgwizdany i okraszony żółtą kartką. I tak skończył się futbol a rozpoczęło polowanie na nogi. Skoro sędzia nie daje gwarancji sprawiedliwości, zawodnicy postanowili grać tak, jakby sędziego wcale nie było. Zawodnicy zdawali się zapominać o piłce. Co chwilę grę przerywał gwizdek sędziego po czym następowały gwałtowne dyskusje, kłótnie i krzyki zawodników. Na trybunach nie było spokojniej i na murawę zaczęły lecieć różnego kalibru przedmioty. Wielka bójka na boisku zaczęła się po... słusznej interwencji sędziego - żółta kartka dla bramkarza za grę na czas. Chaos, dyskusje, ktoś kogoś lekko popchnął, popchnięty trzymając się za twarz (popchnięty został w plecy) padł na murawę jak zabity. Po chwili ktoś kogoś kopnął, a kopnięty zwijał się na trawie i darł mordę jakby mu obie nogi połamano. Sędzia przestał panować nad wydarzeniami. Rozdzielał kartki w amoku na lewo i prawo (obawiałem się, że w tym kartkowym szale wyrzuci z boiska sędziego liniowego) nie nadążając z notowaniem ukaranych. Na boisku pojawili się zawodnicy rezerwowi, jacyś panowie w garniturach, kilku kibiców. Na trybunach wrzało, na stadionie pojawiły się oddziały policji. Zadymy trwały ładnych kilka minut. Efekt: kolejne żółte kartki, dodatkowe dwie czerwone, ukarany trener, zwyzywany i opluty sędzia liniowy, mnóstwo butelek i puszek rzuconych na boisko przez kibiców. Ogólnie mecz był przeciętny, wynik 1:0, ale i tak wszyscy zapamiętają go jako antyreklamę futbolu. Oczywiście na cenzurowanym znajdą się zawodnicy i kibice, bo o sędziowaniu znowu ktoś powie, że "błędy sędziowskie są elementem futbolu" a "sędzia jest tylko człowiekiem i ma prawo się mylić". Mecz piłkarski w pewnym sensie jest takim światem w pigułce. Warto o tym pamiętać kiedy ochoczo przystępujemy do krytykowania zawodników i kibiców a jednocześnie w pełni usprawiedliwiamy sędziego. (kto tu jest zawodnikiem, kto widzem a kto sędzią?)
poniedziałek, 03 października 2011
Drobna różnica
Pan redaktor w Radio Wrocław powiadomił mnie, że PO i PiS "idą łeb w łeb". A ja mam wrażenie, że oni raczej "idą ryj w ryj". Różnica drobna, ale chyba istotna.
czwartek, 29 września 2011
środa, 28 września 2011
Domagam się eutanazji dla Bartka
Tusk odwiedził Bartka. Biedne drzewo, o którym przypominają sobie tylko przed wyborami. Bartek wiele widział, wiele przeżył i na emeryturze jeszcze to. Wycierają sobie nim gęby wszyscy od prawa do lewa. A Bartek to staruszek. Bartek to kaleka. Bartek to osobnik w stanie agonalnym.
To drzewo właściwie jest martwe i jeśli daje jeszcze jakieś oznaki życia to tylko dlatego, że człowiek z uporem maniaka podtrzymuje jego wegetację. Drzewo jest Pomnikiem Przyrody i to chyba jest jego przekleństwem. W środku plomba, konary podparte rusztowaniami, zakonserwowane rany, coroczne zastrzyki i zabiegi. Bartek ma ok700 lat. Jak na dąb szypułkowy jest to wiek bardzo zaawansowany a stan "terminalny". Postuluję: DAJCIE UMRZEĆ BARTKOWI. Serio. Uważam, że pieszczenie się z tym drzewem to jest jakiś surrealizm. W naturze, bez ingerencji człowieka to drzewo już dawno by zostało zjedzone przez robaki a jego próchno użyźniło glebę. Uderzony przez piorun, rozłupany... powinien się rozpaść jak tysiące innych, ale człowiek uparł się i podpiera kalekę. Ani on ładny ani pożyteczny. "Świadek historii"? I co z tego? Te zabiegi wokół Bartka zalatują jakimś barbarzyńskim kultem drzew. DAJCIE UMRZEĆ BARTKOWI.
poniedziałek, 26 września 2011
Pistorius - bohater czy oszust?
Był gościem na Memoriale Kamili Skolimowskiej. Gościem specjalnym. Budzącym tyleż podziwu w świecie sportu co i kontrowersji. Oscar Pistorius - południowoafrykański biegacz, mistrz olimpijski i rekordzista świata na 100, 200 i 400 metrów, ale w kategorii osób niepełnosprawnych. Rekordzista o tyle kuriozalny, ze NIE MA nóg, a biega. I to szybko. Pistorius jest niewątpliwie postacią znaczącą, bo jest prekursorem. Jest pierwszym na świecie sportowcem, który jawnie korzysta z tzw. "dopingu technologicznego". Oscarowi, kiedy miał 11 miesięcy amputowano nogi poniżej kolan (właściwie to nawet nie wiem czy ma kolana, ale to nie jest istotne). Od tego czasu używa protez. Używa na tyle sprawnie i skutecznie, że został sportowcem, biegaczem. Człowiek godny podziwu za silny charakter i wolę walki z przeciwnościami losu. Godny podziwu kaleka. Wygrał w sporcie dla niepełnosprawnych wszystko co mógł i nie ma tam już żadnej konkurencji. Postanowił więc powalczyć w gronie pełnosprawnych sportowców. I tu zaczęły się kontrowersje. Problemem bowiem są te jego protezy. Nie są to bowiem drewniane kulasy, takie jakie nosili piraci z książek dla młodzieży. Jego protezy są SPECJALNIE skonstruowane do uprawiania sportu wyczynowego. Oscar nie używa ich na co dzień, ale zakłada je tylko na zawodach. One nawet nie przypominają nóg; to są takie specjalne kabłąki ze stopów metali stosowanych do produkcji śmigieł helikopterów. Wyższa technologia. To wygląda tak...
Cały problem w tym, że trudno jest określić, czy te protezy dają mu przewagę nad innymi biegaczami czy też tylko wyrównują szanse. Sprawa trafiła do sądów i różnych komisji. po wielu perturbacjach i odwołaniach popartych badaniami "biegłych" ostatecznie MKOl wydał pozwolenie na uczestniczenie Pistoriusa w IO w Londynie w przyszłym roku. Jednocześnie MKOl zastrzegł, że pozwolenie jest indywidualne i inne, kolejne przypadki będą rozpatrywane również indywidualnie. Teoretycznie więc sprawa jest załatwiona - ale czy na pewno? Obawiam się, że MKOl, kierując się źle pojmowaną poprawnością polityczną, nie chcąc narażać się na posądzenie o dyskryminację osób niepełnosprawnych otwiera puszkę Pandory. Jednym z argumentów za dopuszczeniem Pistoriusa do Londynu było, że on nie wygrywa z najszybszymi biegaczami. Argument durny na wskroś, bo przecież całkiem możliwe, że nie wygrywa, bo jest... słabym biegaczem!!! A co, jeśli takie protezy dostanie ktoś o większym talencie do biegania (taki Borżakowski bez nóg)? Będzie kosił medale na kilogramy, bo nie dość, że dobrze biega to jeszcze ma metalowe protezy zamiast nóg. Były też inne argumenty za dopuszczeniem biegacza. "Też chce i ma prawo walczyć na olimpiadzie" - głupie tłumaczenie, bo raczej każdy pewnie chce a prawo tworzą ludzie, w tym MKOl. Mówi się też, że Pistorius nie korzysta na protezach, bo: ma wolniejszy start, mniej krwi (przez co mniejszą wydolność), mniej mięśni - sorry, ale to jest bez sensu, bo nie da się określić ile na tej "kompensacji" on zyskuje a ile traci. Absurdem jest więc zestawianie: tu traci, a tu zyskuje. Jakie były argumenty przeciwko udziałowi Pistoriusa w IO i innych zawodach dla pełnosprawnych? Najważniejszy to taki, że jego protezy są skuteczniejsze od mięśni łydek. Nie męczą się, nie mają skurczy, są bardziej sprężyste, nie doznają kontuzji (Pistoriusowi nie grozi zerwanie ścięgien Achillesa czy naderwanie mięśni). Nie odkłada mu się kwas mlekowy w mięśniach. Protezy pozwalają mu na bieganie nawet 3-metrowym krokiem (co krok to skok, czego pełnosprawny biegacz nie zrobi nigdy). Ja mógłbym przytoczyć jeszcze kilka innych argumentów od siebie. Najważniejsze: 1.wojna technologiczna - na razie Pistorius nie wygrywa, bo jego protezy nie są idealne, ale kiedy wezmą je na warsztat ośrodki badawcze (fizycy, materiałoznawcy, fizjolodzy, specjaliści od anatomii) to wkrótce stworzą takie protezy, że facet będzie zapierdzielał jak mały samochodzik. 2.precedens, czyli wyłom w murze. Pistorius biega na 100, 200 i 400 metrów. A kto zagwarantuje, że na dłuższych dystansach (5 km. albo w maratonie) nie dają te protezy kolosalnej przewagi? Tam kwestia zmęczenia mięśni jest zasadnicza, a skurcze mięśni łydek to norma! A gdyby Pistorius zapragnął uprawiać trójskok albo skok wzwyż? Za każdym jego pomysłem będzie musiała stać specjalna komisja określająca, czy będzie miał nieuzasadniona przewagę czy nie? 3.puszka Pandory z dopingiem technologicznym. Na casus Pistoriusa mogą się powoływać bokserzy bez ręki, którzy zamiast górnej kończyny mają metalową protezę. Pływacy z protezami w miejscu stóp lub dłoni, piłkarze z piszczelami z włókien węglowych, łucznicy z ręką, która nie drgnie ani na milimetr, strzelcy z jednym okiem z celownikiem laserowym, ciężarowcy z lewarkiem w kolanach, bilardziści ze stabilizatorami drgań itd itp. Rozwój techniki jest szybki, a kiedy pójdą za tym profity finansowe, to przyspieszy jeszcze bardziej. Już dzisiaj buduje się egzoszkielety dla potrzeb wojska, by żołnierz mógł szybciej biegać lub podnosić 500-kilogramowe ciężary. Egzo- czy endo- ale jednak sztuczne szkielety. Rozwiązanie MKOl-u jest głupie, bo indywidualne. Ilu na świecie jest takich Pistoriusów? Czy w przyszłości MKOl nadąży z wydawaniem indywidualnych certyfikatów, "że zawodnik nie zyskuje na dopingu technologicznym"? W Afryce, po wielu wojnach jest mnóstwo małych murzynków bez stóp czy rąk... każdy z nich może być potencjalnym mistrzem olimpijskim, wystarczy tylko dobrać odpowiednie protezy. Olimpiady Terminatorów i Robocopów - tej ewentualności się obawiam, bo to zabije sport. Wygrywać będą firmy produkujące nogi, serca, płuca i ścięgna. "Wygrał Dany O'Brian, stopy American Steel, ścięgna Telefonica, mięśnie Laboratorium Materiałów Polimerowych w Ratyzbonie".
Żeby nie było wątpliwości: podziwiam Pistoriusa, ale jako człowieka, nie jako sportowca, bo nie wiem ile w jego sukcesach jest talentu i pracy a ile technologii.
czwartek, 22 września 2011
Zróbmy niusa...
To proste, zwłaszcza kiedy mamy tezę i wystarczy tylko dorobić do niej "fakty". Gruchnęła wieść: "Rosja. Okręt atomowy zderzył się z łodzią. Załoga pijana" Co nam sugeruje ten alarmistyczny tytuł? Ano, że rosyjski okręt atomowy z pijaną załogą zderzył się z jakąś łodzią. No szok, strach i przerażenie: nie dość że atomowy to w dodatku z pijaną załogą? A gówno! Załoga atomowej łodzi podwodnej była trzeźwa jak krzesło! Okręt nie uderzył w nic, bo stał NA KOTWICY! Mały kuter rybacki (z pijaną załogą) wpieprzył się w środku nocy na okręt podwodny. Gazeta w treści niusa o tym nie pisze, ale prawda jest taka mało atrakcyjna... Tu jest trochę rzetelniej... Gazeta zapewnia również, że nie ma niebezpieczeństwa, bo nie uszkodzono reaktorów atomowych ani rakiet na pokładzie okrętu. Zapomniano tylko dodać, że nigdy takiego zagrożenia nie było, bo okręt podwodny to nie kajak, który rozpada się pod byle uderzeniem. Zagrożenia nie było przede wszystkim dlatego, że kuter rybacki to wątła 25-metrowa łódeczka, podczas gdy okręt podwodny K-433 to 155-metrowe stalowe monstrum odporne na atak torpedowy. Ten incydent można porównać do... wjechania malucha na stojącego na parkingu TIR-a. Nawet gdyby zaparkowany TIR był wypełniony po dach trotylem czy istniało by jakieś zagrożenie? Ale Gazeta pl. zrobiła z tego wielki nius. Najbardziej przerażają mnie jednak komentarze czytelników pod wiadomością... niestety, czytelniczy motłoch nie rozumie tego co czyta, a rozumie to, co chce rozumieć.
niedziela, 18 września 2011
Tak a propos Nergala
BRUCE DICKINSON (Iron Maiden): "Gram heavy metal od 30 lat a jedyny satanista jakiego znam, to mój księgowy"
środa, 14 września 2011
wtorek, 13 września 2011
Waleczne Kaczory nie wygrywają w realu
Waleczne Kaczory nigdy nie wygrywają z Panterami z Florydy bo życie to nie film Disneya w niedzielne przedpołudnie, ale twarda rzeczywistość. Polscy kibice niestety za dużo filmów oglądają, a co gorsze, wierzą w to co widzą na srebrnym ekranie. Wierzą święcie, że lump z Filadelfii siłą woli i adrenaliną potrafi pokonać Apollo Creeda nawet jeśli przez kilka pierwszych rund mistrz zamiata naszym bohaterem ring jak mokrą szmatą (dosłownie urywa mu łeb i wybija wszystkie zęby każdym ciosem). Polscy kibice wierzą, że dzieciaki mogą założyć zespół "Walecznych Kaczorów" i pod tym debilnym szyldem rozprawiać się na lodowej tafli z najlepszymi. I robią to nie siłą swoich umiejętności, ale wiarą, ambicją i determinacją. Znowu się naród napiął i pompował balona. O zgrozo, nawet niektórzy fachowcy z branży pieprzyli, że "Adamek ma szansę jak nikt przedtem". Ignorowali to co było widać a podpierali swoje oceny przypowiastką biblijną o Dawidzie i Goliacie. Niestety, zapominano o tym, że Dawid nie odważył się zbliżyć do Goliata, bo w walce na pięści chyba nawet Bóg by mu nie mógł zbytnio pomóc. Mówiono o wielu zaletach Adamka. Serce do walki, inteligencja, szybkość, odporność na ciosy. Niestety, atrybuty to wspaniałe, ale nie nokautujące. Kliczko za to miał dwa argumenty niezaprzeczalne: rękę prawą i rękę lewą, a każda z nich potrafi zabić. Boks to taka dyscyplina sportu, ze wygrywa ten, kto silniej i celniej walnie przeciwnika w główkę. I trzeba mieć czym uderzyć. Adamek nigdy nie miał czym uderzyć. A trafił na Ukraińca do którego trzeba chyba strzelać z bazooki, bo normalnie zbudowany człowiek nie jest w stanie dosięgnąć jego twarzy pięściami, chyba ze stanie się na zydelku. Nawet fachowcy dali się ponieść narodowej dumie i liczyli na wyrównany pojedynek i wygraną Polaka (na szczęście o znokautowaniu Kliczki nawet najwięksi optymiści nie wspominali, bo to jest raczej poza zasięgiem kogokolwiek poza drugim Kliczką)... Życie jest brutalne, ale proste i raczej sprawiedliwe. Powiedzmy sobie szczerze, ten pojedynek był pod względem sportowym kompletnym nieporozumieniem. Było to zderzenie czołgu z rowerem, a takie kolizje zawsze kończą się tak samo. W bajkach rysunkowych może i czołg się rozleci po zderzeniu z rowerem, ale w realnym świecie tank nawet nie zauważy, że coś rozjechał. Dziwi mnie tylko jedno. Adamek nie wygląda na idiotę. "Robi" w tym biznesie od wielu lat. Zna się na tym jak mało kto. Czy naprawdę wierzył, że może pokonać Kliczkę? Nie potrafił spojrzeć trzeźwo na świat? Czy jego ambicja aż tak bardzo go oślepiła (żeby nie powiedziec: ogłupiła?). Zresztą, jeśli nie on, to przecież ma wokół siebie mnóstwo ludzi. Nikt mu nie powiedział, że wybiera się z motyką na słońce? Nie, nie chodzi tu nawet o umiejętności. Uważam, że pod względem bokserskim Adamek prawie dorównuje Kliczkom, ale... pewnych rzeczy się nie przeskoczy samą ambicją czy nawet techniką. Powiedzmy to sobie szczerze, Adamek NIGDY nie był bokserem wagi ciężkiej. To że przytył niewiele zmieniło. Rację ma Kliczko mówiąc, że aby być bokserem wagi ciężkiej trzeba być po prostu wielkim chłopem i trzeba mieć naturalną siłę. Żeby powalić 110-kilogramowego, zdrowego faceta trzeba mieć kowadło w łapie, albo przynajmniej podkowę. Tymczasem Adamek miał zawsze problemy ze znokautowaniem bokserów nawet dwie kategorie wagowe niżej. Oglądałem ten pojedynek uważnie przez... dwie minuty. Później to już tylko kątem oka. Po dwóch minutach zorientowałem się, że Kliczko jest zdrowy, chodzi o własnych siłach, nie ma ani sraczki ani zapalenia ucha środkowego. Uznałem więc, że jedyne nadzieje Adamka na wygraną prysły. "Walczyli" 10 rund tylko dlatego, że doktor Kliczko nie chciał Polakom zepsuć gali (nowy stadion, tłumy kibiców, telewizja etc...). Miły i rezolutny gość z tego Ukraińca. Zlał Adamka okrutnie, ale tak, że nikt w Polsce nie ma do niego o to pretensji. A mógł go przecież wysłać do szpitala w drugiej rundzie. Tylko co by mu to dało? Tak, tak. W realnym życiu Waleczne Kaczory zbierają worek bramek w pierwszym pojedynku z silniejszym przeciwnikiem nawet jeśli zmotywowani są do granic wytrzymałości. Adrenalina z motywacją pomagają, ale kiedy przeciwnik jest w zasięgu naszych możliwości. Rzeczywistość jest prostsza i twardsza. Jak to się mówi: "wyżej dupy nie podskoczysz" i "nie ma co się kopać z koniem". Góralu, wracaj na swoje podwórko. W niższej wadze będziesz królem. A lepiej być "pierwszym na wsi jak drugim w Rzymie", jak mawiał Napoleon Bonaparte. Teraz czas na refleksję ogólniejszą. Oglądajcie mniej filmów familijnych, a nawet jeśli już je oglądacie, to nie wierzcie w cuda. Unikniecie wielu rozczarowań. E.T. na pewno nie będzie miły, a już z całą pewnością nie będzie humanoidem. Szwajcarscy Robinsonowie niestety rozchorują się na sepsę i wymrą z braku opieki zdrowotnej. Rambo resztę życia spędzi w więzieniu, a nawet jeśli jakiś idiota zechce wysłać go do Afganistanu, to zabiją go Talibowie, bo w realu na 2000 wystrzelonych pocisków przynajmniej 1 % MUSI trafić, a 20 ran postrzałowych raczej powoduje zejście śmiertelne nawet takich twardzieli, jak SS. Wilk kiedyś wreszcie złapie zająca i go po prostu zje. KONIEC BAJKI.
środa, 07 września 2011
To dobrze, że nie wygraliśmy z Niemcami
POLSKA-NIEMCY 2:2 Bardzo dobrze. Nie poprzewraca się Polakom w dupach przynajmniej. Polacy mają taką ekstremalno-euforyczną mentalność, że po wygranej z Niemcami zarówno kibice jak i Szpakowski zaczęliby pieprzyć o szansach na mistrzostwo Europy. Tak, w końcówce meczu kibicowałem Niemcom, dla dobra psychicznego zdrowia Polaków. :-)
wtorek, 06 września 2011
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||