|
Blog > Komentarze do wpisu
papier z USC
Nie ma we mnie wiary w instytucje regulujące życie ludzkie na poziomie jednostki. Nie ma we mnie ślepej wiary w wiążącą rolę wszelkich ustaleń prawnych. Nie wierzę, że dokument wydawany przez Urząd Stanu Cywilnego jest w stanie uregulować czyjeś pokręcone losy. Nie wierzę, tak jak nie wierzę w siłę aktów prawnych zwanych konstytucjami. Lech Janerka śpiewa: „Są wesołe konstytucje, które mają jeden cel, chcą oddalać rewolucje, ale my to mamy gdzieś, dokładnie tam”. Bo, gdy przychodzi rewolucja, pierwsze co pada pod ciosami nowej sytuacji, to właśnie konstytucja. I rewolucjoniści mają w d. poglądy poprzedników, że ten akt prawny jest „nienaruszalny”. On BYŁ nienaruszalny, ale w poprzednim ustroju. I właśnie tak podchodzę do aktu ślubu, faktu zawarcia małżeństwa, związania się prawnego dwojga ludzi. Ten papierek z USC nie ma większego znaczenia dla tych ludzi. Ten papierek, ten dokument, jest tak długo obowiązujący, jak długo panuje ustrój, który go ustalał i sankcjonował. I ani dnia dłużej. Nie mogę jednakże z czystym sumieniem powiedzieć, że małżeństwo jest bez sensu, nie ma znaczenia, że niczemu nie służy. Małżeństwo, ta instytucja prawna, spełnia mimo wszystko pewną znaczącą rolę w życiu złączonych ludzi. Jasno i jednoznacznie określa ich związek w stosunku do otoczenia. Bycie małżonkami nie da się ogłosić tak beztrosko, jak się mówi: „mieszkamy razem”, lub „jesteśmy ze sobą”. Bo bycie małżeństwem to mieszkanie razem, bycie ze sobą, ale i trochę więcej. Bycie małżeństwem wybiega bowiem poza ramy mieszkania ze sobą i bycia ze sobą. Wybiega nawet dalej, niż sypianie ze sobą. Małżeństwo to etykieta, opis produktu, chociaż nie karta gwarancyjna, ani nawet instrukcja obsługi. Akt ślubu zapada w pamięć. Ryje się bruzdą na korze mózgowej. Akt ślubu narzuca pewne zachowania, czyni je w naszym mniemaniu naturalnymi, normalnymi. Jestem wrogiem traktowania aktu małżeństwa jak zobowiązania do bycia ze sobą, a już tym bardziej do miłości. Ta formułka o przyrzekaniu sobie miłości jest idiotyczna aż do przesady. Nigdy jeszcze umowa prawna nie zmusiła nikogo do kochania, nawet jeśli to był układ o partnerstwie i przyjaźni ze Stanami Zjednoczonymi. Ale małżonkowie mają pewien wewnętrzny przymus (moralny? obyczajowy?), by starać się być razem nawet gdy przez chwilę wydaje im się, że to im nie służy. W związku małżeńskim wszelkie fochy, czy drobiazgi są łagodzone w zarodku konstatacją, że nie można dawać ponosić się emocjom, a duperele nie powinny burzyć czegoś, co jest w miarę trwałym związkiem. Trzaśnięcie drzwiami, ciche popołudnie, wyjazd do matki, tłuczenie talerzy – to wszystko się zdarza, ale ponieważ jesteśmy małżeństwem i tak w końcu się spotkamy i porozmawiamy spokojnie. A za nowe talerze zapłacimy ze wspólnej kasy. Ci, co są „tylko ze sobą” wcale spotkać się nie muszą. Nie mają żadnych w tej materii wewnętrznych zobowiązań. Bywa, że drobiag w ich sporach urasta z każdym dniem do rangi konfliktu osobowości. Nie ma tego podświadomego hamulca. Małżonkowie chyba łatwiej zapominają mówiąc sobie, że „w małżeństwie tak już bywa”. Krótko mówiąc, małżeństwo jest jak balast dla statku. Stabilizuje przy wysokiej fali i ułatwia sterowanie, chociaż na pozór czyni łódź powolną, nieruchawą i mało energiczną. Czy zatem pobierać się? Jeśli chcemy sobie pożeglować dla przyjemności szybko i wesoło, zawijając do możliwie wielu portów, to nie. Jeśli zaś chcemy pływać bezpiecznie i mamy jakiś określony cel – port, to łatwiej się to robi z dokumentem z USC. Pomijam cały aspekt prawny dokumentu. Nie interesuje mnie on, bo dla mnie małżeństwo trwa tak długo, jak długo ludzie chcą być ze sobą, a nie jak długo wiąże ich jakiś państwowy dokument. I dlatego gdy ludzie się rozwodzą, to oni nie rozstają się, bo to uczynili już dawno, ale jedynie rozwiązują umowę, czyli likwidują fikcję prawną. Tak, jestem zwolennikiem rozwodów i zaciekłym wrogiem sakramentu. Bo mylić się jest rzeczą ludzką, a trwanie w błędzie jest zbrodnią. Jestem zwolennikiem rozwodów, ale nie łatwych, „na oświadczenie”, bo wtedy nie funkcjonowałby ten delikatny przymus starania się, by być razem. Dużo łatwiej by przychodziły na usta słowa, których by się później żałowało. Czasami ludzie kochający się, chcący żyć razem, wbijają sobie szpilki pod paznokcie. Mąż i żona, razem sobie opatrują łapy. Kochankowie dość często szukają pomocy z zewnątrz, bo przecież nic ich ze sobą nie wiąże. Są wolnymi ludźmi. I niestety niekiedy bywa tak, że w to wierzą. Bo nie mają papierka, więc nie mają obowiązków. Małżeństwo, ta instytucja czasami się przydaje. Moim zdaniem, paradoksalnie, spełnia swoją pozytywną rolę wtedy, gdy zapis tego dokumentu zaczyna lekko nas tymczasowo uwierać. Tymczasowo – bo gdy uwiera nas stale, to znaczy, że czas rozwiązać tę umowę, jako fikcyjną. gdy ludzie się już nie kochaja to znaczy, że rewolucja już nastąpiła i konstytucja jest martwym zapisem. A żeby nie zawracać dupy wymiarowi sprawiedliwości pozwami rozwodowymi, pobierać się należy wtedy, gdy czujemy, że nam to jest do czegoś potrzebne. Że potrzebujemy takiego małego balastu. Bo z żoną musisz starać się porozumieć. Przynajmniej musisz spróbować. I nie występuje kwestia ambicji, kto pierwszy wyciągnie rękę do zgody, bo przecież i tak "wszystko zostanie w rodzinie". Cały ten tekścik dotyczy tylko mnie, i nie dotyczy gówniarzy, którzy pobierają się za szybko i bez sensu. Jutro napiszę o konkubinatach. piątek, 06 lipca 2007, ben-oni
TrackBack
Komentarze
2007/07/06 20:46:24
Wg mnie małżeństwo jest bardzo ważne. Właśnie przez tę regulację. Bo samo "bycie razem" jest względne. To samo "mieszkanie we dwoje". A małżeństwo to jest coś, co wyraźnie mówi, że tych dwoje ludzi SĄ ze sobą, mieszkają, kochają się (przynajmniej z założenia). A to, że swoją drogą jest to akt tak samo rozerwalny jak inny to...
2007/07/07 10:44:04
ja też, szkoda tylko, że wiem o tym dopiero teraz, przeddzień rozwodu, po 11 latach małżeństwa...
2007/07/07 10:47:22
"Ci, co są „tylko ze sobą” wcale spotkać się nie muszą. Nie mają żadnych w tej materii wewnętrznych zobowiązań. Bywa, że drobiag w ich sporach urasta z każdym dniem do rangi konfliktu osobowości. Nie ma tego podświadomego hamulca. Małżonkowie chyba łatwiej zapominają mówiąc sobie, że „w małżeństwie tak już bywa”."
Mylisz, sie, Benie, a za Toba muli sie Aga_ata. Chyba zadne z Was nie zylo z kims bez slubu zbyt dlugo. Ten hamulec co prawda nie pojawia sie od razu, ale po paru latach zycia razem jest podobnie. Dzialaja wewnetrzne zobowiazania i nie mysli sie przy kazdej awanturze o zabieraniu szczoteczek do zebow kazde w swoja strone, tylko zawsze gdzies w tyle glowy ta mysl, ze przeciez trzeba bedzie sie w ktoryms momencie uspokoic i pogodzic. Nie ma tez problemow z wyraznym komunikowaniem charakteru zwiazku - bo po kilku latach po prostu wszyscy z otoczenia juz wiedza i rozpoznaja was jako rodzine. Rodzina was rozpoznaje jako rodzine! Przy mieszkaniu razem tylko jedna rzecz jest inna - rozchodzenie sie odbywa sie bez posrednictwa sadu. Co wcale rzeczy nie ulatwia zbytnio, ani tez jej jakos drastycznie nie przyspiesza. 2007/07/09 11:28:57
Myślę tak, jak i Ju. Co prawda "pozostaję w małżeństwie", więc trochę nie muszę mieć racji. Ale miałam długie "narzeczeństwo" (6 lat), więc trochę się znam. Wtedy liczyło się najbardziej to, że się kochamy. I dla tej miłości trzeba się pogodzić, kiedyś trzeba, i ten hamulec nierozdmuchiwania drobiazgów po pewnym czasie się włączył. Co może zmienić papierek? Póki jest miłość i pragnienie bycia ze sobą, hamulec działa niezależnie od papierka. A ten papierek w niektórych związkach wywołuje efekt przywołany przez Soynenę, zdaje się, że wcale nierzadko.
Gość: , edv234.internetdsl.tpnet.pl
2007/07/09 11:51:55
Czytając ten tekst, czekałem czy padnie choć słowo na temat bezmyślnie zawieranych małzeństw. Padło. I dobrze, ale chyba to trochę mało. Otóż prawdą jest, że mylenie się jest rzeczą ludzką. Dla mnie papierek z USC jest rzeczywiscie niewiele warto, ot usankcjonowanie pewnej umowy, ale już małżeństwo jako sakrament to sprawa nierozerwalna. I pewnie już narazilem się tym stwierdzeniem wielu, ale myśle, że małżeństwo to bardzo poważna sprawa. W duzej czesci wywodu nawet zgadzam sie z autorem. Bo małżeństwo to połaczenie dwoch rożnych osób, dwóch egoistów i dlatego uważam, że zawierane obecnie na niespotykana dotąd skale zwiazki, w ktore wplątuje sie organy państwa (srał pies) i Kosciól sa deprecjonowaniem tej instytucji. Ludzie kompletnie nie zdaja sobie sprawy ze małzenstwo jest ciągłą rezygnacją z siebie. Jesli jest milość jest to o wiele łatwiejsze, ale jesli jej nie ma - to nie ma dla kogo rezygnować z siebie. Dopuki ludzie będą pobierać się bez głebszego zastanowienia się nad istotą małzenstwa, z powodów losowych - bo przydarzyla sie wpadka czy cos innego, bedzie postepowało dpercjonowanie tej instytucji i tego sakramentu.
Praktyka pokazuje, że sa tacy, którzy nie wierza w instytucje a ich małżeństwo trwa, sa tacy, ktorzy nie wierzą w sakrament a małżeństwo trwa, bo kochają, bo zrozumieli istotę, czyli poświecenie dla drugiej osoby, nie szukanie swego, nie pamietanie złego, schowanie swich racji do kieszeni, dla dobra wspolnego, dla milości - wartości, która ich połaczyła. Wszytkim, którzy tej miłości szukają oraz tym którzy ją pielęgnują i o nią walczą każdego dnia życzę ciagłych zwyciestw na tym polu (najczesciej zwycięstw na poziomie walki z własnym egoizmem). 2007/07/15 22:36:59
A ja jestem zwolenniczką sakramentu i właśnie go przyjęłam :D:D:D:D A papier z USC? Kurcze, jeszcze go nie odebrałam. Jest mi potrzebny do wyrobienia nowego dowodu i prawka. Do niczego więcej ;)
|
pozdrawiam